wtorek, 19 stycznia 2016

Startersy w Annówce!

Mówi się do trzech razy sztuka i mój pies postanowił potwierdzić tą regułę. Nie obi, nie frisbee, więc... agility!

Byłyśmy już na seminarium sztuczkowo-obikowym, na seminarium frisbee i w sumie nigdy nic tam nie robiłyśmy razem. Ona nie chciała, bo albo za dużo ludzi, albo psów, albo dyski nie były fajne No, okej, zostało agility. Nigdy nie robiłyśmy nic na poważnie w tym sporcie. Raz na parę miesięcy, zdarzyło jej się skoczyć kilka razy przez (za wysoką) hopkę, przebiec przez biedronkowy tunel i na tym się kończyło. Nawet ogrodu nie mam, żeby robić cokolwiek (już nie mówiąc o jakimś klubie, bo do najbliższego mam 50km). Tylko, że istotne było jedno - ten pies ewidentnie mógłby być w tym dobry. Żeby sprawdzić, czy rzeczywiście, udałyśmy się ponownie do tzw. raju na ziemi - Annówki.

Startersy były dwudniowe i odbywały się pod okiem Magdy Kądzieli, 12-13 grudnia (my byłyśmy już od 11-tego). Wprawdzie mamy już styczeń i minął ponad miesiąc odkąd wróciłyśmy, ale ten post musiał w końcu się tutaj pojawić. Przejdźmy, więc do głównego tematu!
fot. Gosia Lesińska
Do Ann przyjechałyśmy 11 grudnia, około 19:00. Nie chciałam powtórzyć błędu sprzed roku i przyjechać w pierwszy dzień zajęć. Mój pies potrzebuje czasu na aklimatyzacje. Chociaż nie obyło się bez innego błędu. Jako, że byłam zbyt leniwa, żeby spakować się dzień wcześniej, pakowałam się w ten sam dzień, po szkole, biegając jak oparzona, żeby tylko zdążyć. Efekt tego taki, że nie zdążyłam wybiegać psa, nie był na spacerze. A co za tym idzie, na miejscu rozpierała ją energia, chciała się bawić, biegać, czy robić cokolwiek, a nie aklimatyzować. Już nie mówić o siedzenia w klatce. Ano właśnie, był to pierwszy test klatki w terenie i pierwsze klatkowanie suczy w terenie. Klatka test zdała, gorzej z białą suczą. W domu mogę zamknąć ją w klatce i będzie siedzieć, aż jej nie wypuszczę. Natomiast tam, no ten, musiała drzeć ryja. Darła tego ryja trzy dni. Razem z Tofikiem (naszym kumplem z pokoju) tworzyli całkiem zgrany duet 'biednych śpiewających więźniów'. Najmilej było wieczorami, gdy wszystkie psy były tak wykończone, że wszędzie panowała wszechogarniająca cisza. A tak generalnie to mój pies szczekał cały czas, czy to w klatce, czy to w domu, czy to na dworze, czy na człowieka, czy na psa.... no zawsze i wszędzie:P Chociaż nie, bo na torze się zamykała (o ile nikt za blisko nie podszedł :p)! No i w tej chwili wypadałoby właśnie przejść do najważniejszego, czyli toru i agilitek!
fot. Gosia Lesińska
Okej, jest sobota, po śniadaniu, wszyscy na miejscu, kilkuosobowe grupy wydzielone i akurat nasza jako pierwsza idzie na tor. Przychodzi nasza kolej... teamu, w którym ja o agilitkach pojęcia większego nie miałam, a pies nigdy w życiu nie widział prawdziwego toru. No, ale nic, bez stresu wchodzi na tor. Początkowo tyczki miały być na ziemi, ale powiedziałam Magdzie, że nie ma takiej potrzeby i pomimo wszystko ona potrafi skakać :P Zaczynamy; stój, 'go', jedna hopka i zabawka (położona na ziemi), następnie dwie hopki wyrzut piłki... przecież to banalne! Poszłyśmy więc przećwiczyć tunel, okej, tylko gdzie jest pies? Ano tak, on sobie czeka w tunelu, który już dążył przebiec z obu stron, bo why not. A ja myślałam, że będzie miała opory, żeby do niego wejść. Chyba głupia byłam, nie? Hopki tunel, tunel hopki i wszystko pięknie! No może pomijając moją glebę (nie polecam biegać w trampkach) :P Generalnie wywaliłam się dwa razy, za trzecim jakoś utrzymałam się na nogach. Ale spokojnie, nie byłam sama... inni też najwyraźniej mieli złe buty :D

Ogólnie co tu dużo mówić... Kama była genialna w oba dni! Po raz pierwszy, po semi mogę ją tak chwalić, naprawdę! Utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest stworzona do agilitek i ma mega spida! Nawet sama Magda stwierdziła, że jest bardzo szybka i jeszcze takiego westa nie widziała :D

W sumie miałyśmy 5 wejść i zawody.
 Zawody odbywały się drugiego dnia, w tragicznej pogodzie. Naprawdę, cały weekend był okropny pod tym względem. Szczególnie wieczorem każdy się trząsł, a ja (zbyt lekko się ubrałam :P) - chodząca galareta. Nie pamiętam kiedy ostatni raz było mi tak zimno. Nawet ze zdjęciami było trudno, bo ręce zamarznięte. Sami zobaczcie:
moje ręce i kolana nieco poczerwieniałe, nie sądzicie?
Wróćmy do tych zawodów. Otóż wiatr był taki, że przewracał wszystkie hopki, ciągle trzeba było przy nich czuwać i stawiać na nowo. Całe szczęście chwilami się uspokajało, więc zawody jako tako przebiegły. Byliśmy podzieleni na dwie grupy - początkującą i zaawansowaną. My rzecz jasna byłyśmy w tej pierwszej, gdzie przebiegi nie zawierały outów, ciasnych skrętów itp. elementów, których nie potrafimy. Nie pamiętam już ile było przebiegów, ale generalnie szło nam całkiem nieźle. Jak na pierwszy raz agilitowania mogę być naprawdę dumna :) Jedynym błędem, który się u nas powtarzał to zła zmiana (pies nie przestawił się na podążanie za drugą ręką) przez co np. sucz nie była wstanie wbiec do tunelu i musiałam ją nawracać. Raz prawie zaliczyłyśmy disa, ale całe szczęście wybrnęłyśmy. Ale były też czyściutkie przebiegi... nawet jeden wygrałyśmy (na 5 teamów)! :)
Co mogę jeszcze powiedzieć... genialna atmosfera, ludzie, nowa wiedza, treningi, wieczory, granie w Dixita, spacery w lesie o północy w totalnych ciemnościach... no Annówka! Czego chcieć więcej? :)
Tak nam się spodobało, że zapisałyśmy się już na kolejne Startersy, które odbędą się w kwietniu! Podejrzewam, że będą jeszcze bardziej uda, bo przede wszystkim będzie cieplej :D Mam też nadzieję, że chociaż częściowo nasza grudniowa ekipa znów się spotka. A może ktoś z Was zamierza wpaść? :D

Teraz chyba czas na kilka zdjęć, które udało mi się zrobić, przed całkowitym zamarznięciem moich rąk!
najpiękniejsza z pięknych - Navi
Welw

Dream
Libra

A jeśli ktoś nie widział urodzinowego filmiku to ponownie odsyłam:
Znajduje się tam jeden przebieg z pierwszego dnia :)

Pozdrawiamy:
K&K