piątek, 7 października 2016

Zawody treningowe - moje odczucia.

Nie każdy wie, ale podczas tej kilkumiesięcznej nieobecności udało nam się wystartować w zawodach treningowych... i to dwa razy! Pierwsze zawody odbyły się w Szczecinie na początku czerwca. Drugie natomiast stosunkowo niedawno, bo na początku września w Poznaniu. Jako, że nie było tutaj relacji z jednych czy drugich, a po takim czasie, moim zdaniem, bez sensu byłoby coś takiego pisać, postanowiłam poświęcić ten post zawodom, ale w formie moich przemyśleć na ich temat. Myślę, że mogę co nieco powiedzieć, jako osoba, która normalnie agility nie trenuje i pomimo, że mój pies biega po torze raz, na przysłowiowy, ruski rok podjęłam się startu. A nawet dwóch.
fot. Jagoda Buchting
Żadnych zawodów nie planowałam i nigdy nie pomyślałabym, że w jakichkolwiek z Kamą wystartuje. To była bardzo spontaniczna decyzja i podjęłam ją tylko i wyłącznie dzięki Asi (dzięki!), która podesłała mi linka do wydarzenia "Zawody jumpingowe o paprykarz". Nie miałam nic do stracenia, a raczej należę do osób, które lubią podejmować ryzyko i nie boją się porażek. Ba, zawsze lubię obstawiać, jak najbardziej idealne scenariusze. W zasadzie, jedyne czego się obawiałam to swojej pamięci, tego, że nie zapamiętam torów. Mało pocieszający był fakt, że byłam pierwsza na liście, czyli startowałyśmy przed wszystkimi. Myślałam, że łatwiej by mi było, gdybym miała możliwość poobserwować inne teamy i tym samym lepiej zapamiętałabym tor. Jednak ostatecznie bardzo się cieszę, że to my jako pierwsze ucierałyśmy ścieżkę na każdym nowym torku. Doszłam do tego wniosku dopiero po drugich zawodach. Odbywały się one w poznańskim Artefakcie, czyli nie mogłam przegapić okazji skoro do Poznania daleko nie mamy. Znów jakimś cudem pojawiłyśmy się na liście pierwsze, ale ostatecznie Natalia (za moją prośbą) zmieniła kolejność. Byłyśmy ostatnie i to naprawdę ostatnie ostatnie, bo tak jak w Szczecinie Ski startowały jako pierwsze, tak w Poznaniu, jako ostatnie. Miałam więc okazje jedne zawody rozpoczynać, a drugie kończyć. Wolę rozpoczynać, zdecydowanie. Przede wszystkim pobiegniesz i masz spokój, możesz odstawić psa, wziąć aparat i pocykać fotki. Gdy jest się ostatnim, masz cały czas z tyłu głowy, aby być uważnym, bo jeszcze przegapisz swoją kolejkę. A moje teorie o lepszym zapamiętaniu toru, po przez obserwacje innych uczestników, okazały się niesłuszne. W obu przypadkach tor pamiętałam tak samo (a może nawet lepiej na pierwszych zawodach). Poza tym wcale nie skupiałam się na przebiegach innych osób, bo zajmowały mnie rozmowy z psimi znajomkami. Tak więc moje pierwsze spostrzeżenie jest takie, że warto być pierwszym startującym teamem i nie należy się tego obawiać. 
fot. Jagoda Buchting
Na Szczecińskich zawodach miejsca ustalane były na podstawie dwóch biegów. Były to jumpingi, a ostateczne miejsce ich podsumowaniem. Zajęłyśmy 5/11 miejsce w kategorii S! Powiem szczerze, że ten wynik mnie zdziwił. Mój pies, który nie biega normalnie po torze i był nijak przygotowany, jest ponad sześcioma innymi psami! Tutaj morał jest naprawdę prosty nie bój się ryzyka i zawsze wierz w siebie i swojego psa. Wiem, że wiele osób bardzo obawia się startów w zawodach (chociażby treningowych). Uważają, że sobie nie poradzą, że pomylą tor, albo że pies jeszcze niegotowy. Bzdura. Każda porażka uczy nowych rzeczy, daje do myślenia i powinna dać motywacyjnego kopa. Niech nikt nie zrozumie mnie źle, ale jeśli boicie się pokazać to co robicie i na przykład obawiacie się reakcji innych ludzi, czy błędów, które możecie popełnić, to po co w ogóle to robicie? A nuż okaże się, że osiągniecie jakiś sukces, którego się nie spodziewaliście. Tak jak my, na przykład. A teoretycznie miałyśmy mniejsze szanse niż większość, bo nie trenujemy, nie? To jak ci pójdzie, zależy też od tego jak do tego podejdziesz. Jeśli z góry zakładasz, że jesteś przegrany, to na 90% faktycznie będziesz przegrany. Ale, żeby nie było, że się wymądrzam, bo jakimś cudem nam się udało, to podam tym razem przykład poznańskich zawodów. Tutaj wynik nie był sumą wszystkich biegów, ale każdy oceniany był osobno. Pierwszy nasz bieg to agility 0, gdzie było nasze pierwsze zetknięcie z kładką i palisadą. O dziwo, udało się! Kładka, palisada i strefy zaliczone! Tyle, że pomyliłam tor. Na samej końcówce się poplątałam i takim sposobem, na przedostatniej (!) przeszkodzie zaliczyłyśmy dissa. Kolejne biegi były jeszcze gorsze. Dwa jumpingi, w obu Kama nie chciała wbiegać do jednego z tuneli (ba, nawet wymyśliła, żeby wskoczyć na ten tunel zamiast wbiec, bo czemu nie!), co w pierwszym z biegów mnie zmyliło na tyle, że strasznie poplątałam ręce, co wyglądało dosyć komicznie i było sporym utrudnieniem dla psa. Jednak o dziwo w tym biegu zajęłyśmy 4/7 miejsce :P  Drugi jumping też nie był udany. Przede wszystkim, nie zrobiłam jednej zmiany, po czym nie pokazałam psu wyraźnie, gdzie ma biec i musiałam ją nawracać. Jednak uważam, że pomimo wielkiego już zmęczenia była bardzo dzielna i pięknie przebiegła. Chociaż zajęłyśmy miejsce przedostatnie 6/7 :P 

Na pewno nie żałuję tego startu i nie mam zamiaru obwiniać ani siebie ani psa. Nie uważam też, że odniosłyśmy jakąkolwiek porażkę, bo tak nie jest. To nowe doświadczenie, nowa perspektywa i wiele tematów do rozkminienia. Z pewnością dało mi to więcej, niż szczecińskie zawody, bo chociażby zmotywowało do tego, aby przećwiczyć zmianę, którą zepsułam na zawodach. Teraz już wiem, że tego samego błędu nie popełnię. A inne osoby? Uwierzcie, że innych ludzi nie obchodzą twoje błędy i naprawdę nikt nie wytknął mi palcem, że zepsułam bieg ;) 
fot. Weronika Leśniewska 
Kamie na każdym biegu zdarzyło się ominąć choć jedną przeszkodę, przez co musiałam ją nawracać i tym samym traciłyśmy czas. To akurat faktycznie jest wynikiem tego, że na co dzień nie ćwiczymy. Ja nie jestem nauczona dawania psu wyraźnych sygnałów, a pies każdego sygnału odbierać. Ze zmianami natomiast mamy taki problem, że nie mam pewności w robieniu ich. Nie wiem nigdy, czy pies zrozumie zmianę, dlatego staram się wybierać najprostsze, najbardziej zrozumiałe wyjścia. Jednak czasem właśnie rodzi się problem o którym wspominałam wcześniej, wybieram źle i zmiana, której się obawiałam byłaby z pewnością bardziej skuteczna, niż manewr, który wybrałam. Teraz, gdy zdarzy nam się trenować, pamiętam o tych rzeczach i ćwiczymy właśnie pod takim kątem. Tak na podsumowanie powiem, że gdybym nie odważyła się startować, z pewnością nie wiedziałabym co poprawić, czyli nie mogłybyśmy się dalej rozwijać. Stałybyśmy w miejscu i tyle.
fot. Ania Przybyła
I tak, mniej więcej, wyglądają moje przemyślenia i odczucia odnośnie treningowych zawodów. Na koniec nadmienię jeszcze to, o czym zapomniałam wspomnieć wcześniej. Jak sama nazwa wskazuje, zawody treningowe powinno traktować się jako swego rodzaju trening i socjal w jednym. Po to one są i przypisywanie im rangi światowych zawodów, gdzie rzeczywiście trzeba się sprężyć, postarać i dobrze przygotować, a stres jest normą, naprawdę jest błędne i mija się z celem. 

To tyle ode mnie.
 Zachęcam do podzielenia się swoim zdaniem w komentarzu!

Pozdrawiamy!
Terlie Team